Jeden czujnik na północnej ścianie potrafi obniżyć rachunek za ogrzewanieFot. Materiał partnera

W kotłowni przeciętnego domu jednorodzinnego stoi urządzenie warte kilkanaście tysięcy złotych, sterowane termostatem, który wie tylko jedno: czy w salonie jest za ciepło, czy za zimno. Element kosztujący sto kilkadziesiąt złotych, zamontowany na zewnętrznej ścianie, zmienia ten sposób pracy na zupełnie inny i zwykle zwraca się w pierwszym sezonie.

Artykuł sponsorowany

Regulacja pogodowa nie jest nowinką ani rozwiązaniem dla entuzjastów automatyki. To standard w projektowaniu instalacji od dekad, tyle że przy modernizacjach bywa pomijany, bo nikt o nim nie wspomina.

Różnica między reagowaniem a wyprzedzaniem

Sterowanie samym termostatem pokojowym działa reaktywnie. Kocioł podaje wodę o stałej, zwykle wysoko ustawionej temperaturze, a termostat włącza go i wyłącza w zależności od tego, co dzieje się w jednym pomieszczeniu. Temperatura w domu faluje, budynek jest raz przegrzewany, raz wychładzany, a kocioł pracuje cyklami.

Regulacja pogodowa działa wyprzedzająco. Sterownik odczytuje temperaturę na zewnątrz i na tej podstawie wylicza, jakiej temperatury wody potrzebuje instalacja, żeby pokryć bieżące straty ciepła budynku. Przy zero stopni na dworze poda wodę o czterdziestu pięciu stopniach, przy minus piętnastu o sześćdziesięciu.

Efekt jest podwójny. Kocioł pracuje w sposób ciągły i płynny zamiast skokowo, co przy kotłach kondensacyjnych ma dodatkowe znaczenie, bo niższa temperatura powrotu pozwala im faktycznie kondensować i pracować ze sprawnością, dla której zostały kupione. Drugim efektem jest stabilność temperatury w pomieszczeniach, odczuwalna bardziej niż sama oszczędność.

Sercem tego układu jest zewnętrzny czujnik temperatury, czyli element bierny, zwykle rezystancyjny, połączony ze sterownikiem dwoma przewodami. Konstrukcja jest prosta i to jeden z tych przypadków, w których niska cena nie oznacza kompromisu, o ile czujnik zostanie prawidłowo zamontowany.

Gdzie go powiesić, żeby mierzył to, co trzeba

Cała skuteczność tego rozwiązania zależy od jednej decyzji: miejsca montażu. Czujnik ma mierzyć temperaturę powietrza, a nie temperaturę nagrzanej ściany, i to jest sedno wszystkich błędów.

Właściwym miejscem jest ściana północna albo północno-wschodnia, na wysokości mniej więcej dwóch trzecich wysokości budynku, z dala od okien, drzwi i kratek wentylacyjnych. Południowa elewacja w słoneczny lutowy dzień nagrzewa się o kilkanaście stopni ponad temperaturę powietrza, przez co sterownik uzna, że jest ciepło, i obniży temperaturę zasilania, choć budynek nadal traci ciepło.

Trzeba też unikać sąsiedztwa wylotu spalin, wyrzutni wentylacji, jednostki zewnętrznej klimatyzacji i miejsc pod okapem, gdzie gromadzi się ciepłe powietrze uciekające z budynku. Każde z nich zaburza odczyt w sposób, którego nie da się skorygować nastawami.

Warto poświęcić chwilę na dobranie miejsca, bo przeniesienie czujnika oznacza zwykle poprowadzenie nowego przewodu przez ścianę zewnętrzną.

Krzywa grzewcza, czyli jedyna rzecz do ustawienia

Zależność między temperaturą zewnętrzną a temperaturą zasilania opisuje krzywa grzewcza. Jej nachylenie dobiera się do budynku i do rodzaju odbiorników.

Dla ogrzewania podłogowego w domu dobrze ocieplonym stosuje się krzywe łagodne, o nachyleniu rzędu 0,4 do 0,6. Dla grzejników w budynku o przeciętnej izolacji od 1,0 do 1,4. Dla starego budynku z grzejnikami żeliwnymi bywa i wyżej. To wartości wyjściowe, które koryguje się po obserwacji.

Metoda korekty jest prosta i nie wymaga żadnych obliczeń. Jeżeli w domu jest komfortowo przy łagodnej pogodzie, a robi się chłodno przy mrozie, krzywa jest za płaska i trzeba zwiększyć nachylenie.Jeżeli natomiast przy mrozie temperatura w domu jest odpowiednia, a przy temperaturze zewnętrznej około 0°C robi się za ciepło, w typowym sterowniku pogodowym należy obniżyć poziom krzywej i jednocześnie zwiększyć jej nachylenie. Jeżeli w całym zakresie temperatur zewnętrznych jest podobnie za ciepło albo za zimno, zwykle koryguje się sam poziom krzywej, bez zmiany nachylenia. Nazwy i sposób zmiany tych parametrów zależą od sterownika, dlatego należy sprawdzić jego instrukcję.

Regulację prowadzi się w małych krokach, obserwując efekt przez dobę albo dwie, bo budynek ma bezwładność cieplną i reaguje z opóźnieniem. To praca na dwa, trzy tygodnie w sezonie, wykonywana raz, a potem układ pracuje bez ingerencji przez lata.

Czego regulacja pogodowa nie załatwi

  • Nierównomiernego ogrzewania pomieszczeń. Za to odpowiada regulacja hydrauliczna instalacji i nastawy wstępne zaworów grzejnikowych, nie temperatura zasilania.
  • Zysków od słońca i od kominka. Sterownik nie wie, że w salonie pali się w kominku, więc dopiero połączenie krzywej z termostatem pokojowym pełniącym rolę korekty daje pełny efekt.
  • Złej izolacji budynku. Obniża zużycie o kilkanaście procent, ale nie zastąpi ocieplenia stropu ani wymiany okien.
  • Przewymiarowanego źródła ciepła. Kocioł o mocy dwukrotnie większej niż potrzeba nadal będzie taktował, choć wyraźnie rzadziej niż bez regulacji.

Mimo tych ograniczeń jest to jedna z niewielu modernizacji, w której koszt liczy się w setkach złotych, montaż zajmuje godzinę, a efekt widać na rachunku już w pierwszym sezonie. Trudno o lepszą proporcję w całej instalacji grzewczej.

Czujniki temperatury, sterowniki pogodowe i osprzęt regulacyjny wraz z danymi technicznymi zebrane są na www.onninen.pl. Parametry przywołane w tekście pochodzą z katalogu hurtowni Onninen.

Źródło: Materiał partnera

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *