Karol Dąbrowski, architekt krajobrazu i wieloletni kierownik Ogrodu Botanicznego i konserwacji terenów zieleni w Leśnym Parku Kultury i Wypoczynku „Myślęcinek”, związał się zawodowo z tym miejscem w 1976 roku – jeszcze zanim rozpoczęto pierwsze prace przy urządzaniu dzisiejszego Ogrodu Botanicznego. Przez kolejne dekady uczestniczył w rozwoju ogrodu i obserwował, jak zmienia się cały Myślęcinek. Choć od kilkunastu lat jest na emeryturze, nadal odwiedza Ogród Botaniczny i dzieli się doświadczeniem z osobami, które dziś go prowadzą. Jak sam mówi, przychodzi tu przede wszystkim z pasji. W rozmowie opowiada o początkach tego miejsca, ochronie zastanej przyrody, projektowaniu zieleni na dziesięciolecia, miejskiej „betonozie” i pomysłach na przyszłość. Rozmawiał Łukasz Augustyński.
Jak zaczęła się Pana historia z Myślęcinkiem?
Z Myślęcinkiem zetknąłem się jeszcze podczas studiów. Byłem tutaj, gdy dopiero powstawały plany rozwoju parku. Studiowałem architekturę krajobrazu w SGGW w Warszawie. Był to wtedy niewielki kierunek – na moim roku studiowało około 30 osób. Jedną z najważniejszych postaci był dla mnie profesor Edward Bartman, który pracował przy projekcie Leśnego Parku Kultury i Wypoczynku, a później także przy koncepcji Ogrodu Botanicznego.
Któregoś dnia profesor powiedział mi, że w Myślęcinku powstaje duży park i potrzebny byłby tam architekt krajobrazu. Pochodziłem z tych stron, więc zacząłem o tym poważnie myśleć. Studia zbliżały się do końca i w 1976 roku zdecydowałem się podjąć pracę w Myślęcinku.
Zaczynałem jako specjalista, a później zostałem kierownikiem Ogrodu Botanicznego i konserwacji terenów zieleni. Jak zawsze mówię: wszystko, co zielone, podlegało mi.
Jestem na emeryturze już od kilkunastu lat, ale nadal utrzymuję kontakt przede wszystkim z Ogrodem Botanicznym. Osoby, które dziś prowadzą ogród, są zainteresowane moimi wspomnieniami i fachowymi radami. Wciąż mogę służyć im swoim doświadczeniem.
Był Pan przy Ogrodzie Botanicznym właściwie od początku. Jak powstawało to miejsce?
Historia rzeczywiście jest dosyć zagmatwana. Wcześniej planowano duży ogród związany z Instytutem Hodowli i Aklimatyzacji Roślin, ale po kilku latach instytut wycofał się z dalszej realizacji tego zamierzenia. Wtedy miasto zdecydowało, że w strukturach Leśnego Parku powstanie Ogród Botaniczny.
Ogród zaprojektowano więc na nowo – miał służyć wypoczynkowi i rekreacji, a jednocześnie realizować cele dydaktyczne. Pierwotne plany trzeba było jednak zmienić, bo część terenu przeznaczono na inne funkcje. Tam, gdzie miały znajdować się główne szklarnie Ogrodu Botanicznego, działa dziś ośrodek rekreacji konnej. Na części terenu powstał też wyciąg narciarski. W efekcie ogród objął mniejszy teren. Dziś w granicach ogrodzenia zajmuje 56,3 hektara.
Przyjęta koncepcja zakładała stworzenie siedliskowego ogrodu botanicznego. Najważniejsza zasada była prosta: najpierw chronić to, co już tutaj zastaliśmy. Dostaliśmy piękny obszar o urozmaiconej rzeźbie terenu, z ciekami wodnymi i zastaną roślinnością. Dopiero na tej podstawie mogliśmy tworzyć miejsca służące ochronie ex situ roślin rzadkich, ginących i zagrożonych, czyli ochronie poza ich naturalnymi stanowiskami.
Mamy duże powierzchnie naturalnych zbiorowisk leśnych, stare drzewa, cieki wodne i system kaskadowych stawów. To bardzo cenne elementy ogrodu. Mają znaczenie krajobrazowe, a jednocześnie tworzą dobre warunki do ochrony roślin związanych z terenami wilgotnymi.
Dobrym przykładem jest jeden z gatunków storczyków. Kilkadziesiąt egzemplarzy przeniesiono tutaj z terenu zagrożonego inwestycją. Podczas corocznej inwentaryzacji naliczamy już ponad tysiąc tych roślin. To pokazuje, że siedlisko zostało wybrane bardzo dobrze. Najpierw więc chronimy to, co zastaliśmy, a później możemy te miejsca wzbogacać.
Jak projektuje się tak duży teren, skoro skutki wielu decyzji widać dopiero po kilkudziesięciu latach? Natura potrafi zaskoczyć?
Najważniejsza jest natura. Jeżeli chcemy zachować łąki, musimy je regularnie kosić. Bez takich zabiegów część z nich z czasem zaczyna zarastać krzewami i drzewami, a nam zależy na utrzymaniu gatunków łąkowych, które kwitną w różnych okresach roku.
Trzeba też kontrolować gatunki ekspansywne. Niektóre obce gatunki nawłoci potrafią szybko zajmować duże powierzchnie i wypierać rodzimą roślinność. Miejscami mocno rozprzestrzenia się też głóg jednoszyjkowy. Jeżeli chcemy zachować określony charakter siedliska, czasami trzeba ingerować.
Nie chcieliśmy jednak poprzestać na tym, co zastaliśmy. Powstało także arboretum pokazujące formacje roślinne świata. Tutaj bardzo dobrze widać, jak ważny jest czas. Najpierw muszą wyrosnąć drzewa i stworzyć odpowiedni mikroklimat. Dopiero później można wprowadzać pod nimi krzewy i byliny, którym takie warunki będą odpowiadały.
Mamy też kolekcje tematyczne. Jedna z nich skupia rośliny przyciągające motyle i inne owady – lawendy, szałwie czy jeżówki. Mamy również Ogród kwitnącej wiśni i jabłoni oraz kolekcję sosen i różaneczników. Pierwsze prace przy urządzaniu ogrodu rozpoczęły się w 1980 roku, więc nadal jest to stosunkowo młode założenie i wiele można tutaj jeszcze zrobić.
Jest Pan projektantem ścieżki botanicznej dla osób niewidomych i słabowidzących. Skąd wziął się ten pomysł?
Impulsem była podróż do Włoch. Odwiedziłem Ogród Botaniczny w Padwie i zobaczyłem tam rośliny prezentowane na podniesionych ławach, w donicach, z opisami brajlowskimi. To było moje pierwsze spotkanie z takim sposobem przedstawiania świata roślin osobom niewidomym.
Wiedziałem, że w Bydgoszczy działa placówka dla dzieci i młodzieży z dysfunkcją wzroku, więc konsultowałem pomysł z jej dyrekcją i nauczycielami. Oni najlepiej znali potrzeby uczniów i program nauczania botaniki. Zacząłem się zastanawiać, jak podobne rozwiązanie można stworzyć w Myślęcinku.
Nie chciałem po prostu kopiować pomysłu z Padwy. Zaprojektowałem ścieżkę, przy której ponad sto roślin posadzono bezpośrednio w gruncie, a część umieszczono w donicach. Powstała też poręcz z nierdzewnej rury, która wyznacza kierunek poruszania się po ścieżce. Idziemy wzdłuż poręczy, trafiamy na tablicę z opisem w alfabecie Braille’a, a za nią znajduje się opisana roślina.
Rośliny rozmieszczono według układu systematycznego Englera. Ta ścieżka jest ciekawa nie tylko dla osób niewidomych. Może z niej korzystać właściwie każdy. Na stosunkowo niewielkim odcinku można zobaczyć wiele różnych roślin, dotknąć ich i przeczytać krótkie opisy. W zwykłym parku trzeba by przejść kilka kilometrów, żeby poznać podobną liczbę gatunków.
Musieliśmy oczywiście zrezygnować z roślin kłujących, parzących i innych, które mogłyby być niebezpieczne w bezpośrednim kontakcie. Ścieżka jest wykorzystywana również do nauki. Poznanie materiału roślinnego to przecież podstawa projektowania ogrodów i krajobrazu. Trzeba wiedzieć, czy dana roślina pozostanie niewielka, czy po latach wyrośnie na ogromne drzewo.
W krajobraz Myślęcinka od lat wpisują się również rzeźby. Jak wybiera się dla nich odpowiednie miejsce?
Rzeźby towarzyszą Myślęcinkowi właściwie od początku. Park jest naturalnym miejscem do prezentowania takiej sztuki, a dodatkowo mamy w Bydgoszczy Liceum Plastyczne, którego uczniowie przez lata tworzyli prace podczas plenerów.
Na początku bardzo zależało nam, żeby rzeźby miały również funkcję użytkową i można było na nich usiąść. Miały być sztuką wpisaną w krajobraz, ale jednocześnie służyć ludziom. Kiedy przeglądałem album wydany z okazji 25-lecia Ogrodu Botanicznego, zauważyłem, jak często te rzeźby pojawiają się na fotografiach. Widać, że przez lata dobrze wpisały się w krajobraz.
Przy wyborze miejsca zwracaliśmy uwagę, żeby był to ciekawy punkt widokowy albo dobre miejsce do zrobienia zdjęcia, ale jednocześnie żeby rzeźba niczego ważnego nie zasłaniała i nie stanęła tam, gdzie występuje chroniona roślinność. Jeżeli można na niej jeszcze przysiąść i oglądać otoczenie, to jest trafiona symbioza.
Jak ocenia Pan zieleń we współczesnych miastach?
Mam wrażenie, że tam, gdzie zachowały się planty, zieleń wokół dawnych fortów czy po prostu starodrzew, ludzie nadal bardzo chętnie spacerują. Duże drzewa tworzą tam mikroklimat sprzyjający wypoczynkowi.
Gorzej wyglądają niektóre nowe przestrzenie. Nie będę wskazywał konkretnych miast, ale w takich „betonozach” proporcja między powierzchnią zabudowaną i utwardzoną a zielenią jest moim zdaniem niewłaściwa. Na mikroklimat miasta w ogromnym stopniu wpływa zieleń, a jej podstawowym elementem jest drzewo.
Możemy dziś sadzić nawet kilkudziesięcioletnie drzewa, ale takie nasadzenia nie zastąpią starodrzewu. Dlatego tak ważne jest zachowywanie starych drzew i sadzenie nowych tam, gdzie będą mogły rosnąć przez wiele dziesięcioleci. Szczególnie potrzebujemy ich przy dużych utwardzonych powierzchniach, gdzie podczas upałów zaczynamy szukać cienia.
Sam mam działkę w rodzinnym ogrodzie działkowym od około 20 lat i nie ułożyłem tam żadnej kamiennej płytki. Od furtki do domku chodzę po trawie. Jeżeli w jednym miejscu trawa się wydepcze, mogę po prostu pójść zygzakiem. Nie potrzebuję ścieżki, która każe mi poruszać się jedną trasą. Uważam, że sami czasami niepotrzebnie tworzymy wokół siebie coraz więcej utwardzonych powierzchni.
Coraz częściej mierzymy się z suszą i falami upałów. Jak powinno to wpływać na projektowanie zieleni?
Projektowanie zawsze powinno zaczynać się od poznania warunków danego terenu i sprawdzenia, jakie rośliny już tam występują. To pierwsza wskazówka przy doborze gatunków.
Inne rośliny wybierzemy na stanowisko suche, inne na wilgotne. Dzisiaj mamy znacznie większy wybór niż kiedyś, ale podstawowa zasada się nie zmieniła – roślinę trzeba dopasować do miejsca, a nie próbować sadzić wszystkiego wszędzie. Warto przy tym korzystać z wiedzy szkółkarzy i pytać, które gatunki najlepiej poradzą sobie w konkretnych warunkach.
Czy jako architekt krajobrazu patrzy Pan na parki, ogrody i inne przestrzenie inaczej? Jakie błędy najbardziej rzucają się Panu w oczy?
Przez lata pracy w Myślęcinku miałem okazję oglądać wiele parków, ogrodów i dużych założeń zieleni. Zwracałem uwagę nie tylko na ich ogólną koncepcję, ale też na detale i obiekty architektoniczne. Dobrą przestrzeń projektuje się przecież na dziesiątki lat.
Najwięcej błędów widzę przy drzewach. Czasami przy projektowaniu nie bierze się pod uwagę, jakie rozmiary konkretna roślina osiągnie po kilkudziesięciu latach. Jeżeli duże drzewo zostanie posadzone zbyt blisko domu, ścieżki czy ogrodzenia, po latach pojawią się problemy. Podstawą projektowania w przestrzeni otwartej jest więc znajomość materiału roślinnego.
Nie rozumiem też mody na nadmierne przycinanie drzew. Uczono mnie, żeby w projekcie wykorzystywać naturalny pokrój drzewa. Każdy gatunek ma swoje cechy – kształt, kolor, kwitnienie czy jesienne przebarwienia. To właśnie te naturalne właściwości powinniśmy wykorzystywać. Takie sztuczne „fryzowanie” zostawiłbym raczej hobbystom i małym założeniom, które nie decydują o jakości całego krajobrazu.
Kto miał największy wpływ na Pana sposób myślenia o architekturze krajobrazu?
Na pewno profesorowie, u których studiowałem. Profesor Władysław Niemirski, profesor Edward Bartman i inni nauczyciele nie ograniczali się do przekazywania wiedzy książkowej. W ramach praktyk jeździliśmy po Polsce, oglądaliśmy arboreta, historyczne parki i różne założenia zieleni.
To było bardzo istotne. Można przeczytać wiele książek, ale trzeba też zobaczyć konkretne miejsce, przejść przez nie i przekonać się, jak naprawdę funkcjonuje przestrzeń i roślinność. Uważam, że w architekturze krajobrazu taka praktyczna nauka jest niezwykle ważna.
W 2030 roku minie 50 lat od rozpoczęcia pierwszych prac przy urządzaniu Ogrodu Botanicznego. Co chciałby Pan zobaczyć w nim do tego czasu?
Taki jubileusz byłby dobrym momentem, żeby stworzyć coś nowego i pokazać odwiedzającym kolejną atrakcję. Z roślinami jest inaczej niż ze zwierzętami w zoo. Posadzę drzewo, ale na efekt trzeba nieraz czekać dziesiątki lat. Dlatego zastanawiam się nad rozwiązaniami, które mogą być atrakcyjne znacznie wcześniej.
Kilka lat temu zaprojektowałem wrzosowisko. Jego podstawą są między innymi wrzosy pozyskane z nieużytkowanych terenów leśnych. Ten projekt można jeszcze rozwijać i uzupełniać. Myślę również o rozarium. Można by pokazać tam dzikie róże i odmiany od nich pochodzące, róże historyczne, róże parkowe i róże pnące. Najtrudniejsze jest wpisanie takiej kolekcji w charakter naszego ogrodu, bo znane mi rozaria mają zwykle układ rzędowo-poletkowy.
Myślę też o dalszym wzbogacaniu kolekcji prezentujących roślinność różnych części świata. Gdyby na jubileusz udało się stworzyć taki ogród różany, byłoby to coś fantastycznego.
Po godzinach: 5 krótkich pytań
Książki, filmy, muzyka, podróże i miejsce, w którym najlepiej odpoczywa. Karol Dąbrowski opowiada o swoich zainteresowaniach poza zawodową stroną architektury krajobrazu.
Po jakie książki sięga Pan najchętniej?
Najbardziej lubię książki sensacyjne, w których fikcyjna historia jest osadzona w prawdziwych miejscach i łączy się z ich historią czy architekturą. Ostatnio czytałem powieść związaną ze Szczecinem, wcześniej trafiłem też na podobną książkę o Bydgoszczy. Czasami po prostu pytam w bibliotece o nowość utrzymaną w takim stylu.
A co najchętniej Pan ogląda?
Do kina właściwie nie mam czasu chodzić, dlatego wybieram głównie filmy i seriale w telewizji, szczególnie sensacyjne. Niedawno z przyjemnością oglądałem serial pokazujący Gdynię z wątkiem szpiegowskim. Lubię też programy przyrodnicze i historyczno-przyrodnicze.
Ogrody są dla Pana ważne także podczas podróży?
Zdecydowanie. Kiedy gdzieś wyjeżdżam, szukam miejsc, w których łączą się ciekawa architektura, ogrody i przyroda. Na Wyspach Kanaryjskich pojechałem zobaczyć kolekcję kaktusów, a w Asuanie odwiedziłem ogród botaniczny znajdujący się na wyspie.
A muzyka?
Przede wszystkim słucham radia. Kiedy jadę do brata, zawsze mówię, że Beatlesi muszą lecieć. Bardzo lubię też Czerwone Gitary, pamiętam Dżem i trochę mocniejszego grania. Czasami w radiowej Dwójce słucham muzyki poważnej – przy niej po prostu odpoczywam.
A gdzie najlepiej Pan odpoczywa?
Właściwie tutaj, w Myślęcinku. Przychodzę tu z pasji i jestem z tym miejscem bardzo mocno związany. Szczególnie lubię Ogród Botaniczny rano, kiedy jest cicho, ludzi jest niewielu i słychać przyrodę. Mogę tu spędzić godzinę, kilka godzin, a nawet cały dzień.

